Podróż dookoła świata: dlaczego to robię i jaki jest plan?

piątek, grudnia 14, 2018

Parę miesięcy temu postanowiłam zacząć prowadzić prawdziwe dorosłe życie. Takie dorosłe przez duże D. Moja poprzednia praca lektorki angielskiego miała charakter dorywczy, więc postanowiłam zmienić branżę i spróbować swoich sił w marketingu. Spakowałam więc swój dobytek i przeniosłam swoje życie z Warszawy do Wrocławia, by zacząć żyć tak, jak trzeba.  A po 4 miesiącach... spakowałam swój dobytek ponownie i uciekłam z Wrocławia. Świat mnie wzywa!


Cześć, jestem Michalina, mam 22 lata i... poważną fobię


Fobia – zaburzenie nerwicowe, którego objawem osiowym jest uporczywy lęk przed określonymi sytuacjami, zjawiskami lub przedmiotami, związany z unikaniem przyczyn go wywołujących i utrudniający funkcjonowanie w społeczeństwie.
źródło: Wikipedia

Mam fobię biura i pracy na etat. I jest to bardzo poważny problem.

Objawia się tym, że bardzo mocno panikuję na myśl o tym, że mam spędzać ⅓ swojej doby w jakimś biurze do usranej śmierci. Chyba, że będę miała to szczęście i dotrwam do emerytury. Kto wie, może mi się poszczęści.

Szanowni Państwo, Michalina Baron zgłasza sprzeciw! Tak nie może być!

Słuchajcie, najpierw zamykają człowieka pięć razy w tygodniu na kilka godzin w obozie pracy budynku, gdzie zyskuje miano więźnia pracownika i pracuje dla jakiejś “firmy” za pieniądze uwłaczające ludzkiej godności. Ale spokojnie! Jak będziesz bardziej zapierdalać, to dostaniesz pochwałę, awans i podwyżkę. Nowy życiowy cel! Wspinaczka po szczeblach kariery, fajniejsza nazwa stanowiska, szacunek społeczeństwa i większa wypłata - jest po co żyć, proszę Państwa!

Czułam się, jakby ktoś niespodziewanie wsadził mnie do jakiejś zupełnie niezrozumiałej równoległej rzeczywistości.

A teraz - skoro mało ci Juniorze pieniążków na podróże, to możesz przecież zacząć żreć gruz. Wspaniałe rozwiązanie! Nie lubisz? Myślałeś o przejściu na bretarianizm? Odżywiałbyś się po prostu światłem słonecznym i nie musiał wydawać pieniędzy na jedzenie. Wtedy może udałoby Ci się wygospodarować fundusze na jakieś fajne dwutygodniowe wakacje raz w roku. Brzmi kusząco, ale niestety - zimowa aura w Polsce i bardzo krótkie dni nie sprzyjają takiej diecie, więc cały misterny plan zastąpienia pożywienia energią słoneczną legł w gruzach.

A szkoda. Zawsze chciałam być panelem słonecznym.

źródło

Ale hej! Mogło być przecież gorzej, co nie? Pracowałam w startupie, a mogłam na przykład trafić do jakiejś korporacji. Zawsze z przerażeniem patrzyłam na ludzi, którzy wylewali się na stacji Metro Wierzbno i transportowali tramwajem nr 13 do słynnego Mordoru na Domaniewskiej. Na wejściu do obozu pracy biura odbijali się chipem, a potem przez minimum 8 godzin radośnie oddawali się tak fascynującym czynnościom jak: obliczanie ROI, stukanie maili, ogarnianie swoich lejków sprzedażowych, pogoń za dedlajnami na asapie, czy też komunikowanie się z klientami w języku nikomu bliżej nieznanych “korzyści”. 

Świat za oknem taki zajebisty, ale co tam! Skanbanizuję sobie jeszcze taski w Trello na jutro w ramach nadgodzin. A jak wrócę do domu, to poczytam o tym, jak zapierdalać jeszcze lepiej i być jeszcze bardziej wydajnym więźniem pracownikiem “firmy”.

źródło
Nie zapominajmy jeszcze o ograniczonej ilości przepustek z więzienia dni urlopowych. Istny koszmar dla pasjonata podróży. Ktoś mi będzie mówił na jak długo mogę sobie wyjechać? Świat oszalał! Od mojej koleżanki usłyszałam jeszcze, że mam się cieszyć z przepustek z więzienia dni urlopu przyznanych mi w okrągłej liczbie 20, bo na umowie zleceniu takich przepustek dni urlopowych zazwyczaj się nie dostaje. Nie no fantastycznie. Jak niesamowity zaszczyt mnie spotkał! Czuję się wyróżniona. Dwadzieścia dni mogę robić co chcę!

O wielki jeżu. Co się dzieje?!

Dwadzieścia dni.

Chyba mi słabo. Łapcie mnie, bo zemdleję.

W najczarniejszych zakątkach mojego umysłu widziałam już jak porzucam zbieranie pocztówek i kamieni, na rzecz kolekcjonowania wartościowych kontaktów na Linkedinie, więc aby uniknąć takiego smutnego scenariusza po 4 miesiącach etatu podeszłam do mojego przełożonego mówiąc:

- Słuchaj, ja... jakby... muszę się zwolnić. Jadę hodować renifery do Norwegii.


źródło

A teraz na poważnie, ty roszczeniowy Millenialsie!

Poprzednie akapity potraktujcie proszę z przymrużeniem oka. Ja tylko żartuję, spokojnie! :D 

Owszem, może i w mojej głowie droga do piekła wybrukowana jest kredytami i umowami o pracę na czas nieokreślony, ale zdaję sobie też sprawę z tego, że dla wielu z Was uwłaczające będzie wyżej wspomniane hodowanie norweskich reniferów. Ja zwyczajnie nie zrozumiem zapału do pracy na etacie, tak jak wielu nie zrozumie też mnie, izi. Więc ja się podroczę z etatowcami, wy się podroczcie ze mną i dajmy sobie wszyscy święty spokój - niech każdy żyje tak, jak uważa za słuszne. Bo ja naprawdę bardzo szanuję i podziwiam wszystkich tych, którzy z pasją wykonują swoją biurową pracę i łączą ją (bądź nie) z licznymi podróżami. Naprawdę wielki szacun! :)

Dla mnie jedną z największych wartości jest jednak wolność i czuję, że siedzenie w pracy mi ją po prostu zabiera. Poza tym, ja bezgranicznie uwielbiam ten świat i ciągle wydaje mi się, że jeszcze za mało wykorzystuję jego możliwości - dlatego też stacjonarna praca w imię jakiejś kariery nie ma dla mnie (na chwilę obecną) prawa bytu.

Chciałabym też wspomnieć, że to nie jest tak, że pierwszy raz poszłam do pracy, a kiedy okazało się, że trzeba było pracować zwinęłam swój kramik i uciekłam. Tutaj poczytacie o moich pierwszych 7 pracach, a tutaj i tutaj opisuję, co robiłam żeby połączyć częste podróże ze studiami dziennymi. Temu wszystkiemu przyświecał zawsze jakiś cel. Uczyłam dzieci angielskiego (a według mnie angielski to podstawowa umiejętność, która znacznie wpłynie na jakość ich przyszłego życia, także czułam misję), a zarobione pieniądze przeznaczałam na odkrywanie kolejnych zakamarków tego świata, który tak uwielbiam. A no niestety - takiego poczucia celu nie da mi chyba żadna stacjonarna praca biurowa.

Rzucam wszystko i wyjeżdżam?

Podjęcie decyzji o porzuceniu życia w Polsce było o tyle trudne, że niestety wiem jak często kończą się takie wielkie wyjazdy “w poszukiwaniu siebie”. Tak się składa, że wielu podróżników tego typu już na swojej drodze spotkałam.

Po pierwsze, backpackersi naprawdę bardzo dużo imprezują. Wieczory to wieczne bajlando, a dzień spędza się na kacu żałując, że kupiło się to dodatkowe wiadro wódki na Khao San Road. A po drugie, ci backpackersi bardzo często nawet nie wiedzą gdzie dokładnie są, jaka obowiązuje tu religia, i o co chodzi w miejscu, które zwiedzają. W efekcie poszukiwania “samego siebie” wyglądają tak:

źródło

Jednak by nie być hipokrytką, to muszę wspomnieć że dokładnie tak wyglądał mój pobyt w Bangkoku. To miejsce wciąga, ale totalnie nie żałuję ani jednego wiadra alkoholu spożytego w mieście rozpusty przez te trzy dni - co to, to nie! Aby nie być gołosłowną, załączam materiał dowodowy.

Bo jedno piwo to za mało.



O proszę! Tutaj ze skorpionem i piwem w ręce gorąco wspierałam dziadka tańczącego na krześle z jakąś backpackerką na ulicy.


Mam wrażenie, że wielu osobom wydaje się, że dalekie podróże staną się magicznym eliksirem na wieczne szczęście. Wszędzie napotykam te wszystkie inspirujące cytaty o poszerzaniu horyzontów, wykraczaniu poza strefę komfortu, poznawaniu wyjątkowych ludzi…

No błagam, to wszystko jest tak romantyzowane. “Zostaw wszystko i wyjedź!” Brzmi pięknie. Problem w tym, że wyjeżdżasz z własnym mózgiem i jak to stary, dobry Sokrates mawiał “Czemuż dziwisz się, że podróże zupełnie ci nie pomogły, skoro siebie obwozisz w koło? Gnębi cię ta sama rzecz, która cię wygnała.” No, miał koleś rację!

Na początku podróży będziesz odczuwać wielką ekscytację, cieszyć się tymi nowościami, tą wolnością, aż… nagle stanie się to dla ciebie normą i codziennością. Na pewno każdy z Was miał kiedyś rzecz, o jakiej marzył, potem ją zdobył, nacieszył się jakiś czas, a potem poziom szczęścia wrócił do normy. Zjawisko to nazywane jest hedonistycznym młynem i objawia się wtedy, gdy człowiek dąży do pewnego celu. Często posługuje się idealizacją i uważa, że jego osiągnięcie faktycznie uczyni go szczęśliwym. W naszej naturze leży jednak tendencja do szybkiego przyzwyczajania się do osiągniętego stanu. (źródło)

Dlatego, jeśli myślisz, że podróż będzie jakimś wyjazdem do raju i lekiem na wszystkie problemy, to… nie do końca tak jest. 

No to wyjeżdżasz, czy nie?

Bardzo dobrze zdaję sobie sprawę z istnienia hedonistycznego młyna, wiedziałam że ekscytacja nowościami minie, dlatego chciałam, żeby decyzja o zwolnieniu z pracy na rzecz podróżowania była naprawdę przemyślana. Czy wyjazd to naprawdę to, czego chcę? Czy tylko mi się tak wydaje, bo jestem po prostu uciekającym od obowiązków 22-letnim leniwym Millenialsem? 

Chciałam mieć pewność, że nie uciekam.

Jednocześnie coś wewnątrz mnie niesamowicie się buntowało i nie pozwalało zostać. Od dłuższego czasu siedziało we mnie pewne marzenie, które sprawia że aż robi mi się cieplutko i nagle pojawiają się motylki w brzuchu. To marzenie jest tak duże, że trochę się... boję. Bardziej jednak boję się biura, dlatego....

W 2019 roku zacznę swoją samotną podróż dookoła świata.

I jaram się jak pochodnia.

źródło

Jaki jest plan?

Muszę wspomnieć, że przeraża mnie bezmyślność i masowość obecnej turystyki, która niekoniecznie dobrze przyczynia się do ekonomicznego rozwoju miejsc, które odwiedzam. W czasach, gdy na popularności zyskuje begpacking i slumming (= turystyka ubóstwa), naprawdę trzeba uważać na to, w jaki sposób podróżujemy. Spisałam więc 3 założenia, którymi mam zamiar kierować się w trakcie mojej podróży. 

W skrócie - świat jest zajebisty, a ja nie chcę mu szkodzić.

Po 1. nie chcę być gościem w ZOO i białą uprzywilejowaną Europejką wchodzącą z butami w czyjąś kulturę. Chcę uprawiać turystykę świadomą i odpowiedzialną - wiedzieć, czy moja obecność nie szkodzi danemu miejscu i czy biznesy turystyczne nie żerują na lokalsach. Czeka mnie sporo dokształcania w tym temacie, bo okazuje się, że to temat rzeka.

O co mi chodzi?

  • tutaj poczytacie o tajskiej wyspie, którą zamknęli ze względu na zniszczenia spowodowane przez nadmiar turystów, 
  • tutaj o AirBnB działających na terenach Sahary Zachodniej okupowanej przez Maroko, >>PETYCJA
  • a tutaj o spalonych domach Masajów i ich przymusowych przesiedleniach w Tanzanii, gdzie rząd zarządał powiększenia terenów turystycznego safari
A ja nie chcę się do tego przykładać. Brzydzę się.


Po 2. chcę być jak najlepsza dla naszej Planety oraz ludzi wokół, zostawiając po sobie same dobre ślady. Parę pomysłów jest, ale znowu - muszę się w zakresie wolonturystyki mocno dokształcić, żeby zaangażować się w coś świadomie i odpowiedzialnie. (warto poczytać: Wolonturystyka – ile jest pomocy w turystycznej przygodzie?)

Po 3. chcę nauczyć się nowych umiejętności, dlatego będę testować, próbować i przeżywać ile się da! Spadochron, medytacje, kursy gotowania, permakultura? Muszę to wszystko sprawdzić.

1 stycznia 2019 zaczynam więc główny etap przygotowawczy - znikam do Norwegii* po hajs. 

Świat jest zbyt zajebisty, żeby siedzieć w biurze!



* A z tą Norwegią to swoją drogą śmieszna historia. Myślicie, że tak łatwo znaleźć tam pracę znając język norweski? (ja, jeg snakker norsk!) Haha, dobre żarty! Miały być renifery i praca, a nie będzie ani reniferów, ani pracy. Za kilka dni Wam opowiem co będę tam robić, so stay tuned! Całe życie na przypale, naprawdę.

You Might Also Like

4 komentarze

  1. Wow! Tyle w Tobie energii, odwagi i optymizmu! Nigdy nie wiemy co nas w życiu spotka, świat jest zbyt piękny więc powiem Ci YOU GO GIRL!<3
    Ja po swoich podróżach dookoła świata siedzę już sobie w jednym miejscu i nie ruszam się dalej jak do Polski odwiedzić moją rodzinę. Nie nosi mnie już az tak jak kiedyś, może dlatego, że swoje już wyjeździłam, a teraz marzy mi się zwyczajne życie w jednym miejscu ;D
    Jakkolwiek obserwuję Cię i czekam na świeże posty i relacje z Twoich podroży. Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  2. A wystarczyło posłuchać i zażyć Ashwagandhę :D

    OdpowiedzUsuń
  3. masz mega nastawienie do życia! :D szkoda, że nie znam Cię osobiście ;)

    OdpowiedzUsuń

Instagram