Czego nauczył mnie survival na Majorce?

sobota, lipca 07, 2018

Aktualnie kuleję na obydwie nogi, niczym wąż zrzucam z nosa spaloną Słońcem skórę i wzięłam dzisiaj pierwszy prawdziwy prysznic od tygodnia. A ciepłe ziemniaczki z gołąbkami, które zjadłam na obiad były pokarmem zesłanym do mnie na złotej tacy prosto z nieba. Przysięgam! Co takiego mi się przydarzyło? Otóż... z wakacji na Majorce sobie wróciłam. I dzisiaj troszkę opowiem Wam o tym, jak to na stopa i z namiotem zobaczyłam tą nieprzyjemną dla portfela wyspę oraz jakie nauki z tego doświadczenia wyniosłam.


Bilety na Majorkę udało mi się złapać za 64 złote w dwie strony, co zaraz po Maroku za 0 zł mogę uznać za jedną z najlepszych okazji lotniczych, jakie udało mi się kiedykolwiek ustrzelić. Wraz z moim partnerem w zbrodni zwanej survivalem na Majorce (z własnej woli!) ustaliliśmy budżet - 300 złotych na tydzień.

Uwierzycie, że wydaliśmy ostatecznie dużo mniej? Oto małe podsumowanie "wakacji" (cudzysłów, bo nie odpoczęłam ani trochę) na wyspie z all-inclusive słynącej:
Jednak żeby trzymać się budżetu, musieliśmy ciągle sobie czegoś odmawiać. Spaliśmy na plaży, na lotnisku, w lasach w namiocie i cały tydzień nie mieliśmy dostępu do prawdziwego prysznica. Zamiast komunikacji miejskiej wybieraliśmy czasem 10cio kilometrowe spacery, przez co łącznie przeszliśmy około 125 kilometrów pieszo. Ostatecznie na Majorce wydaliśmy... 11,5 euro na osobę. I to nie dlatego, że więcej nie mieliśmy, ale dlatego że po prostu nie chcieliśmy wydawać więcej.


#1 Wdzięczność

Szlak wzdłuż wybrzeża z Deia do Soller to najpiękniejsza trasa piesza, którą przeszłam. Wspinaliśmy się po skałach, przechodziliśmy drabinki, schodziliśmy po stromych zboczach klifu słuchając fal odbijających się od ogromnych skał. Na początku szlaku spotykaliśmy pojedyncze osoby, lecz przez ostatnie 5 kilometrów nie spotkaliśmy ani jednej żywej duszy. Dzicz, natura i ogromny upał. Aż niedowiary, jaki ten świat jest ogromny! Coś, co na mapie świata zajmuje jakiś nic nieznaczący milimetr, my pokonywaliśmy pół dnia w pocie i wielkim zmęczeniu. Właśnie wtedy, kiedy wszystko wokół jest tak wielkie, czujesz jak malutki jesteś. 

A ja byłam wtedy taka wdzięczna, że mogę ten przeogromny świat ciągle odkrywać - w styczniu spacerować po majestatycznym Singapurze, w lutym spać na Saharze, a w kwietniu chodzić za wodospadem na Islandii. A teraz na Majorce z resztkami wody jak najszybciej staraliśmy się wydostać z lasu do cywilizacji, żeby znaleźć chociażby kranówę.

Swoją drogą, z tymi resztkami wody nie żartuję - zdesperowani musieliśmy wejść prywatnym wejściem do jedynej w promieniu 5 kilometrów restauracji prosząc o wodę z kranu. Restauracja okazała się być luksusowym lokalem oznaczonym gwiazdką Michelin, lecz na szczęście mimo tego, że wyglądaliśmy jak żebraki po ciężkich przejściach to nalali nam trochę kranówy do butelki. I nagle byłam wdzięczna za wodę! Za głupią wodę z kranu! Podczas gdy na codzień nawet do głowy nie przychodzi mi myśl, że mogłoby tej wody zabraknąć.


#2 Dyscyplina

Kiedy głodni wchodziliśmy do sklepu po wodę i chleb do konserwy, bardzo ciężko było obojętnie przejść obok półek z ciasteczkami, koszy ze świeżymi jabłkami i puszek zimnej Coli. Jednak, żeby trzymać się ustaleń, to wyliczaliśmy nasze zakupy co do centa. Kilka razy pozwoliliśmy sobie na jogurt pitny, kilka pomarańczy, chyba raz wypiliśmy Colę. Nie zapominajmy jeszcze o "cudownym" winie w tekturowym kartonie za 1 euro! I chipsach za 55 centów do tego!

Trzymanie dyscypliny było na tyle wciągające, że gdy okazało się że możemy totalnie poluzować budżet, to i tak wyliczaliśmy opłacalność jogurtu i serków kanapkowych przeliczając gramy na centy. Wymagało to organizacji i ogromnej dozy samozaparcia.

#3 Wiem, kiedy się zamknąć i odpuścić

Podróżowanie z kimś ma to do siebie, że czasem trzeba iść na kompromis. Kiedy upał daje w kość, w nocy pożarły cię komary, masz już za sobą 15 kilometrów pieszo, a stopik jakoś nie chce się złapać, to sztuka kompromisu staje się wybitnie ciężkim zadaniem. Wtedy trzeba wiedzieć, kiedy siedzieć cicho, nie powiedzieć o jedno słowo za dużo i brać po uwagę, że druga osoba może mieć równie dość jak ty. Okazuje się, że gdy krzyk i płacz zastąpisz rozmową, to wszystko idzie jakoś łatwiej.

#4 Wytrwałość

Gdy po dość wymagającej przeprawie z Deia dotarliśmy w końcu do Soller, zaczynało powoli robić się ciemno. No cóż, najwyższy czas na znalezienie miejsca noclegowego! Robiło się coraz później, a miejsc na rozbicie namiotu jak nie było, tak nie ma, a my zmęczeni i od dwóch dni bez prysznica pięliśmy się z coraz cięższymi plecakami pod górę. Nadzieja na znalezienie czegoś sensownego spadała w zasadzie z każdym krokiem. Gdy już powoli w mojej głowie zaczynał kiełkować mały kryzys, to pomyślałam jedno:

Zapieprzaj Michalina. Bo nie masz wyboru.

Mogłam zacząć marudzić psując humor i sobie, i znajomemu. Mogłam usiąść i płakać. Mogłam robić awanturę o to, że gdzieś pomyliliśmy drogę. Tylko po co. Albo będę zapieprzać i dotrę do celu, albo mogę dobijać się jeszcze bardziej. W takich chwilach musisz się zaprzeć, zapomnieć o bólu i iść.






Najtrudniej było jednak ostatniego dnia w Berline, kiedy na 4 godziny przed odjazdem BlaBla car anulował nasz przejazd. Próba rezerwacji następnego przejazdu zawsze kończyła się porażką (łącznie 4 BlaBla cary odmówiły nam kursu), grupy na FB niewiele pomogły, a następny autobus do Polski odjeżdżał o 7 rano.

Na dworzec autobusowy też trzeba było jakoś dotrzeć, a spacerowanie po Berlinie o 3 w nocy nie należało do najprzyjemniejszych.  Jako, że od dwóch dni kulałam, to po przejściu 10 kilometrów z lotniska nie wiedziałam już która stopa bolała mnie bardziej. Mój znajomy również ledwo dogorywał i w efekcie odbijaliśmy się od siebie jak dwie kulejące plażowe piłki obładowane 50cio litrowymi plecakami. Wybitnie zajmującą rozrywką były też wszelkie wspinaczki po schodach, których widok wywoływał w nas paniczny śmiech bezsilności. Osobliwego klimatu całej wyprawie dodawały jeszcze szczury, które przemykały nam między nogami radośnie ucztując sobie przy restauracyjnych koszach. Było mi zimno, praktycznie nie umiałam już chodzić, ale... musiałam. Nie było wyboru!


#5 Muszę przeprosić gulasz angielski


Gdy cię nie widzę to wzdycham i płaczę,
Tracę wszystkie zmysły, kiedy cię zobaczę;
Jednakże gdy cię długo nie oglądam,
TO JESTEM TAAAAKA GŁODNA!!!

Całą wyprawę mocno racjonowaliśmy żywność tak, aby starczyło jej na cały wyjazd. I tak jak zawsze na widok gulaszu angielskiego zalewała mnie krew, tak na Majorce wprost nie mogłam się doczekać, kiedy otworzymy tą cudowną puszkę! Pamiętam, kiedy ostatniego wieczora głodni dokulaliśmy się na lotnisko i w końcu mogliśmy zjeść ten poczciwy gulasz.

Ten zapach.

To mięso.

Te kalorie.

Jedzenie!

Tak więc gulaszu, gulaszu! Królu mój! Wybacz wszystkie oszczerstwa, które padły pod Twoim imieniem na Islandii i to, że nie doceniałam wtedy, że mieliśmy ciebie wtedy aż 12 puszek! (serio) 98% mięsa masz tylko Ty i już nigdy nie powiem o Tobie złego słowa. Przysięgam.

Majorkańskie przysmaki :D
________________________________

Nic jednak nie opisze tej ulgi, którą czułam wsiadając o 6:55 do FlixBusa i odjeżdżając w kierunku Polski. Kiedy pożegnałam się z moim znajomym we Wrocławiu, to z oczu poleciały mi łzy. Łzy wielkiej wdzięczności, ulgi, radości i spełnienia. Mimo, że byłam wymęczona jak nigdy, to tak bardzo czułam że żyję! Co więcej - zrobiłabym to wszystko jeszcze raz i nie zmieniła nic. Dzięki Majorko, dzięki Pioter! :)

P.S. W pociągu z Wrocławia do rodzinnego Lublińca konduktor zapytał się mnie, czy wszystko w porządku i czy coś się stało. Czyste fanaberie. Nie wyglądałam AŻ TAK fatalnie. :D

Disclaimer 

Zawsze podróżuję budżetowo. Oszczędzam jak mogę, ale nie lubię też skrajnie wszystkiego sobie odmawiać i lubię samą siebie od czasu do czasu rozpieścić. W ten sposób czasem jadam konserwy z Polski, a czasem stołuję się na mieście. Sypiam pod namiotem, w najtańszych hostelach, ale i luksusowy apartament w Bangkoku czy Jerozolimie nie jest mi obcy. Nigdy nie jest mi też szkoda pieniędzy na kawę w uroczej kawiarnii, ale i bez problemu potrafię przeżyć 3 tygodnie w Norwegii mając 200 zł na koncie. Zawsze staram się wszystko zbalansować i chyba całkiem nieźle mi ta sztuka wychodzi. 

Survival na Majorce traktowałam trochę jako challenge i test samej siebie. Taniej nie zawsze znaczy lepiej, ale akurat na tym wyjeździe trochę chciałam dać sobie wycisk. I bardzo dobrze! Potrzebowałam dostać w tyłek i każdemu takie doświadczenie polecam :)

You Might Also Like

24 komentarze

  1. I taki wyciski przydałby mi się! Świetna relacja! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przyjemnie się czyta takie historie, bo wyszło na to, że się nie poddaliście! Brawo i tak trzymać! Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetne doświadczenie, pozazdrościć przeżyć :) Takie wyprawy zawsze nas uczą pokory :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Czytam ten wpis i myślę sobie: "Upadła na głowę ta Michalina !" :D
    Głęboko podziwiam Cię za tą wycieczkę i samozaparcie, bo w dzisiejszych czasach, kiedy zorganizowanie wycieczki i podróżowanie jest tak łatwe, Ty nie idziesz na łatwiznę i podejmujesz się wyzwań. Sama nie odważyłabym się na taką wyprawę, ale Tobie brawa i uznanie ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Kiedyś jak byłam zdrowa uwielbiałam takie wyciski :) Świetna sprawa, gratuluję wytrwałości

    OdpowiedzUsuń
  6. Podziwiam Was za odwagę i poświęcenie :) Ale po takich "wycieczkach" docenia się to co ma się w domku hehe :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Wow! Powiem, że wyprawa imponująca a i nauki z niej wyniesione niezłe. Podziwiam chęć na tego typu wyprawę. Majorka dla mnie jest piękną wyspą, która rzekła mnie swoją przyrodą, którą ja nie raz chce odwiedzić, jednak bez survivalowej otoczki ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na Majorkę wrócę napewno, ale wynajmę następnym razem auto haha :D

      Usuń
  8. Niesamowita przygoda! Ja z reguły jeżdżę pół budzetowo, nie szaleje z wydatkami ale też nie zaciskam pasa. Staram się znaleźć zloty środek tak aby podróż cały czas była jedynie przyjemnością ��

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też zazwyczaj tak robię, budżetowo ale bez skrajności. A Majorka to był całkiem ciekawy challenge!

      Usuń
  9. Ależ tu ciekawie, i piękni, młodzi , opaleni.O widokach nie wspomnę, wolność :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wolność! Dokładnie to uczucie towarzyszyło mi podczas wyprawy :)

      Usuń
  10. Podróże to coś co kocham i uwielbiam. Tyle wspomnień zostaje. Piękny wpis :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, wspomnienia zostaną na zawsze. :)

      Usuń
  11. W młodości chętnie uczestniczyłam w takich podróżach, zmieniło się, kiedy pojawiły się dzieci, sobie mogę odmówić, ale dzieciom już nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiadomo! Dlatego takie dziwne przygody funduję sobie póki mogę :D

      Usuń
  12. Szacun za odwagę i wytrwałość. Zazdraszczam :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Jak ja marzę aby wybrać się do tego miejsca! Sama bym w tedy chciała przeżyć taką przygodę jak ty :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Świetny pomysł na wycieczkę ;)
    Nie wiem czy sama dałabym radę tak podróżować. Podziwiam Cię bardzo ;))

    OdpowiedzUsuń
  15. Ja sobie nie wyobrażam jedzenia z puszki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie jest to wybitne danie, to prawda! :D

      Usuń
  16. Jednym słowem było pięknie! Tyle wrażeń prawie za free :) Na szczęście widoki i szum morza nie kosztowały nic, więc można było się nimi swobodnie napawać :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Wspaniała przygoda! Zazdroszczę!

    OdpowiedzUsuń

Instagram