4 historyjki z podróży

sobota, lipca 14, 2018

Często przyciągam do siebie dziwne sytuacje. Mam bowiem pewne autodestrukcyjne tendencje, których nie umiem się mimo desperackich prób pozbyć. Raz topię się w morzu, w którym nie da się utopić (zapraszam >>klik), a czasem zupełnie przypadkowo dokonuję destrukcji laptopa deszczem (po dalsze dramaty >>tutaj). I w międzyczasie dwa razy zgubię klucze. Taka specyficzna przypadłość. Aby jednak nie pogrążyć się w nienawiści do siebie samej, zaczęłam wliczać takie sytuacje w koszty życia, grzecznie je notuję i jakoś dalej funkcjonuję i nawet całkiem nieźle sobie radzę. Czasem jednak dzieją się rzeczy po prostu dziwne za które nie ponoszę winy, dlatego trochę przyjemniej mi o nich opowiadać. Zapraszam na opowieść o 4 z nich!



1 | Cycki i pedicure w Kambodży

Mój pierwszy wieczór w Kambodży, ja oczywiście głęboko poruszona standardem życia w tym kraju postanowiłam wesprzeć ichniejszą gospodarkę i zostawić tam trochę pieniążków. Wymyśliłam sobie, że zadbam o stopy, a co! Bo skoro tak tanio to żal nie skorzystać. Najpierw swym naskórkiem nakarmiłam malutkie rybki i jeszcze im za ową usługę 2 dolary zapłaciłam (rybi masaż, done!); nadszedł więc czas na pedicure.

(W międzyczasie dałam się jeszcze wrobić w sukienkę za 15 dolarów, ale to nieważne, bo miało dzisiaj nie być o moich porażkach.)

Od pedicure za 5 dolców raczej niewiele się spodziewałam. W jednym z „salonów piękności” (= stoisk na targu) Panie wydawały się wyjątkowo pogodne, wołały za mną „lejdiiii, lejdiii! pedikjuuur!”, to postanowiłam że wejdę. Bo czemu nie.



Rozsiadłam się w fotelu, z zamkniętymi oczami wylosowałam chyba najgorszy kolor z możliwych (podejmowanie decyzji level Michalina) i oddałam się w ręce kosmetyczki. Cośtam pogrzebała, przyszła jej koleżanka i zaczęły pogawędkę. Wszystko po khmersku oczywiście, więc nie rozumiałam ani słowa, ale kiedy zaczęły się do mnie uśmiechać i trochę chichotać to moja twarz przybrała nieco pytający wyraz. Może ryż z obiadu zaplątał się gdzieś pod okiem, krzywo usiadłam, albo ogólnie coś ze mną było nie tak. No kto wie!

W końcu jedna z nich złapała się za biust, pokazała palcem na mój i z promienistym uśmiechem stwierdziła: „Ha! Small!" i pocieszająco dodała: "But nice!”

Czyli mój biust jest smol, ale w sumie to najs. Nie no, dziękuję. Doceniam. Żadna kosmetyczka mi jeszcze tego nie powiedziała.

Z zabiegu wyszłam więc z żółtymi paznokciami, wiadomością że mam spoko cycki i nowym (bardzo skutecznym!) sposobem odganiania komarów. Bo na sam koniec kosmetyczka zdzieliła mnie dwa razy szmatą  wołając: „Moskito! Moskito!”. 

Dziękuję jeszcze raz!


2 | O chińskim poszukiwaniu żony w Muzeum Sztuki Islamskiej

O Kuala Lumpur pisałam już kiedyś >>tutaj i polecałam Wam poświęcenie jednego dnia na dzień typowo malajski, tj. odwiedzenie miejsc związanych z dominującą religią tego kraju. Najpierw niczym Bakłażanek Błażejek z biedronkowej kolekcji Świeżaków dzielnie przemierzałam Narodowy Meczet Malezji w za dużym fioletowym hidżabie, a potem wybrałam się do muzeum. 


no rodzeństwo, co nie?

Ogólnie całkiem spoko miejsce, ale zdecydowanie przyjemniej byłoby gdyby nie prześladował mnie tam pewien mężczyzna. Mężczyzna pochodzenia chińskiego, na oko trzydzieści lat, a że Azjaci wyglądają na młodszych, to mogła mu w sumie strzelić i 40stka. Owy pan z jakichś bliżej nieznanych mi powodów postanowił znaleźć kobietę swojego życia w Malezji. 

W Muzeum Sztuki Islamskiej.

I czyha potem na Ciebie taki Chińczyk zza makiety Taj Mahal, a gdy próbujesz się skupić na detalach miniatury meczetu z Timbuktu słyszysz prośbę o wymienienie się fejsbukami. Raz łypnie zza kolumny, postoi chwilę obok, a potem ucieknie. A potem znowu wróci i zapyta, czy może wieczór wolny mam. Jak nie wieczór, to może popołudnie? Patrzysz przez szybę na manuskrypty Koranu, a po drugiej stronie stoi On. Jak duch podążał za mną bez słowa po muzeum. Był wszędzie. Pojawiał się i znikał, a cała ta zabawa trwała jakąś godzinę. Przed tym Panem nie uciekniesz! Aż w końcu po 60 minutach boskich zalotów zniknął. Na zawsze. A moja szansa na wielką miłość znikła bezpowrotnie.

Wnioski: wolę oglądać eksponaty w muzeum, kiedy nikt za mną nie chodzi.


3 | Narkotyki, śmierć i smutne historie rodzinne w Maroku

Tu się akurat robi mało śmiesznie.

Obżarstwo na nocnym targu marakeszańskiego Jama El-Fna trwa w najlepsze! Był tadżin, był kuskus, wpadły ślimaki, harira za złotówkę i frytki na wynos w planach, ale teraz czas na szaszłyczki i smażone kalmary. Rozsiedliśmy się więc przy jednym ze stoisk, przydzielono nam „kelnera” i rozpoczęliśmy proces dopychania żołądka.

W pewnym momencie podszedł owy kelner, wziął mój telefon do ręki, pomacał, pooglądał i odłożył. Zatrzymał się na chwilę i pokazując na cukier oświadczył, że kołkejn is bad.

Istnieje taka możliwość, ale... o co p'sze Pana chodzi?

Wykonał gest naśladujący wciąganie kreski przez nos (na wszelki wypadek gdybyśmy go nie zrozumieli) i powiadomił nas, że narkotyki w Maroku to zło. Bo siostra mojej dziewczyny umarła - kontynuował.

O kurde.

Że przedawkowała, że kołkejn które miała to bad shit i że mamy uważać. Następnie pokazał nam zdjęcia roześmianej dziewczyny na imprezie, zdjęcia portretowe denatki w dwóch wersjach, a także uraczył nas historią jej życia tłumacząc, że to dobra i piękna dziewczyna była. Ale narkotyki to zło. I że dramat w rodzinie i żebyśmy tego kołkejn w Maroku nie tykali (w zasadzie nie planowaliśmy, ale dzięki). Trochę dreszcze, nie powiem.

„Herbatki dolać?” powiedział kończąc swój wywód.

Nie wiem, czy to była jego forma radzenia sobie z żałobą, czy poczuł jakąś misję i czemu postanowił zwierzyć się akurat nam, ale sytuacja była tak dziwna, że nawet nie wiedziałam jak zareagować. I po co oglądał mój telefon?



4 | O ekstrakcji Kambodżan z soku z winogron

Wróćmy na chwilę do tej Kambodży, ale przenieśmy się do jej stolicy - Phnom Penh. Siedzę przed hostelem z Benem z Niemiec poznanym wcześniej w restauracji, kończymy piwko i podchodzi do nas pewien człowiek.

„Wy też molestujecie dzieci i psy?”

Czekaj co.

„No czy wy też molestujecie dzieci i psy?”

Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że no jakby niebardzo, co bardzo owego człowieka ucieszyło, bo jak sam stwierdził „w końcu znalazł normalnych ludzi”. Był święcie przekonany, że Kambodża to portal do innego wymiaru, a to wszystko co tu się dzieje to jedna wielka gra. I że on chce koniecznie, ALE TO KONIECZNIE, porozmawiać z jej reżyserem, bo chyba jest on psychicznie niestabilny. A my to mamy uciekać stąd tak szybko, jak tylko się da, bo Kambodżanie są po prostu genetycznie poszkodowani przez nanotechnologię - stąd te maltretowanie psów, rozumiecie. Aha, a takiego Kambodżanina to można tak w ogóle wyekstraktować z soku z winogron.

Z soku winogron. Kambodżanina.

I ja wiem - Kambodża to kraj, którego obywatele potrafią zawieźć całą czwórkę swoich dzieci do przedszkola na jednym skuterze (w tym jedno na drewnianym krzesełku), tym samym skuterem wrócą do domu z targu z trzema świeżo ubitymi świniakami, a policjantom to wcale nie przeszkadza, bo sami lubią wozić się w piątkę po dzielni na jednym pojeździe dwukołowym. To może budzić delikatną konsternację, zgadzam się. (btw kliknijcie w podlinkowane zdjęcia, warto) Ale nie przesadzajmy! 

Potem cudowny nieznajomy skończył wykład, powiedział że on naprawdę nie jest naćpany, mamy mu po prostu uwierzyć i serio uciekać, a następnie poszedł dalej głosić prawdę o Kambodży. Z kamiennym wyrazem twarzy oczywiście.

Jedna z ciekawszych rozmów w życiu. 


a do Kambodży przetransportowałam się pociągiem za 5 zł!

Nauki życiowe płynące z tego posta 

W zasadzie to nie ma żadnych. 

Podróże to śmieszna rzecz. Czasem wiele się uczysz, wychodzisz poza strefę komfortu i dzieją się te wszystkie magiczne rzeczy rodem z cudownych podróżniczo-coachingowych memów, a czasem po prostu śledzi cię zdesperowany Chińczyk w muzeum, kosmetyczki komplementują twój biust, lub stajesz się terapeutą marokańskiego kelnera. Ach, życie pisze różne scenariusze!

You Might Also Like

9 komentarze

  1. Ciekawa historia na tych paznokciach :D Dużo wrażeń!
    Mój blog-klik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A no troszkę mnie wtedy wcięło haha :D

      Usuń
  2. Aż się roześmiałam, świetnie piszesz ;D.
    https://modoemi.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, taki był cel! :D Dziękuję!

      Usuń
  3. żółty to fajny letni odcień :D :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Przynajmniej masz ciekawe wspomnienia z wakacji ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. dziwne historie, ALE właśnie fajnie, że ludzie są tacy otwarci :D No i powiedzą Ci wprost o co kaman :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Kochana jakiś czas temu wpadłam na Twój blog zupełnie przypadkiem, szukałam info o tanim podróżowaniu. Dzisiaj chcę Ci podziękować - wycieczki chociażby te najmniejsze to pasja moja i mojego faceta. Aby nie popaść w rutynę dnia codziennego kiedy tylko czas pozwala pakujemy się i zwiedzamy ile się da.
    Dzięki Tobie mamy więcej odwagi i zapału :)!

    OdpowiedzUsuń
  7. Fajne przygody. Na przyszłość jednak ostrzegam rybi pedicure ( fish pedicure ) jest niebezpieczny - rybki przenoszą choroby w tym różnego rodzaju grzybice od stóp do stóp, do tego mogą przenosić też choroby wirusowe czy sama woda nie jest najczystsza. Etycznie też są wątpliwe- by rybki podjadały naskórek są wcześniej głodzone, a ogrom umiera potem z przejedzenia, bo nie jest dla nich naturalne to co robią z ludzkimi stopami, czy jedzenie raz na kilka dni ale w dużych porcjach. Jest to atrakacja dla białych turystów (chociaż pojawia się też już w Europejskich miastach, nadmorskich kurortach)

    OdpowiedzUsuń

Instagram